hmmmm... i O!
Czyli jednak proxy nie przeszkodziły turniejowi w byciu oficjalnymi mistrzostwami świata. Cieszy mnie ten fakt
Trochę "powakacjowałem" po zakończeniu turnieju i jakoś nie było czasu (i ochoty) na napisanie czegoś od siebie o tym zacnym wydarzeniu, no to teraz coś skrobnę.
Po primo: Warszawa.
(Dla tych co nie przyjechali/nie są z Wawy)
Wisła: dalej jest. Płynie.
Pałac Kultury: stoi nie wzruszony.
Demonstracji, przemarszów, protestów (mogących utrudniać komunikację): brak - prawdopodobnie z powodu wakacyjnego zawieszenia obrad przy ul. Wiejskiej
Po secundo: Avangarda.
Tu mogę powiedzieć jedynie "same ohy i ahy". Fajnie znowu było poczuć klimat konwentu. No, a że był to jeden z lepszych na jakich byłem to już w ogóle...oh i ach
Świetna organizacja, masa eventów i ogólnie pojętej rozrywki dla ludzi, którzy nie koniecznie gustują tylko w zabawach na lokalnych potańcówkach.
Wydarzenie na tyle ciekawe (i zapewne w kurczącej się ciżbie fanów tego typu hobby znane) że przyuważyłem osoby (nie związane z DE) tak z Krakowa jak i Częstochowy, co prowadzi mnie do wniosku że byli tam zapewne przedstawiciele z całego naszego pięknego kraju. A to, że tam przyjechali pokazuje jakoś wysoką rangę Avy. I za to toast dla organizatorów. Zasłużyli
Po tertio: Turniej
Ano - już od wejścia moje zmęczone oczy, kości i inne temu podobne rozgrzał i ucieszył widok tylu graczy DE w jednym miejscu. Zapowiadało się na nie lada granie. I faktycznie - te przewidywania się sprawdziły!
Jeżeli mnie pamięć nie myli to nasza Krakowska grupa zaciężna przybyła na miejsce przedostatnia. A jeszcze za nami pojawili się sierżant Croma i szeregowy Szczuba - Czewa znaczy - którzy spóźnili się dość znacznie gdyż (jak mówią plotki z frontu) utkwili w ciężkich walkach ze smażonymi udkami i pieczonymi skrzydełkami w lokalnym KFC. No ale kto by tam plotkom dawał wiarę...
Tak czy owak gry już na co po niektórych stołach trwały więc i my nie tracąc czasu (czytaj: po ogarnięciu się, napiciu kawki i wsunięciu ciepłego hot-doga

) zasiedliśmy do swoich stołów.
No i się zaczęło.
Na pierwszą grę przyszło mi zmierzyć się z Jeremiaszowymi templariuszami i Gabrielem z konnicą Norberta.
Nie był to najszczęśliwszy układ bo obaj z Norbertem zaczynaliśmy bez złota, dodatkowo nie dało się oddychać ( w pierwszym dniu turnieju pogoda była straszliwa: cholernie duszno i gorąco) a zza moich pleców dochodziły odgłosy krwawych walk na innych stołach - tak straszne, że zastanawiałem się kiedy na naszym stole wyląduje jakaś odcięta ręka czy urwana głowa...
Jednym słowem: czułem, że będzie ciężko.
I było.
Pamiętam, że (na szczęście dla Gabrielów) Jeremiaszowi karta nie szła i jego rozbudowa wyglądała dość marnie (głównie niepozorne) za to my powyciągaliśmy ukryte i mogliśmy jechać dalej. W pierwszych turach wyglądało to nawet dość ładnie dla mojego dowódcy (pojechany skarbiec Montagea) kawalerzyści we wiosce i ładna ręka. Ale jak to w życiu bywa "nic nie może przecież wiecznie trwać". Zacznijmy zburzyło mi rękę a kawalerzyści jakoś tak...spadli, czy tam...zdezerterowali.
Tak czy owak pałeczkę ewidentnie przejął Norbert i byłby wygrał ubijając PZty na mojej osadzie gdyby nie wspólna akcja obronna Montagea i mojego Gabriela.
Tym niemniej jakoś w tej fazie gry chłopaki pojechali mi już trzy stajnie co wydawać by się mogło - było smutnym końcem dla mnie w tej grze. I faktycznie - front wojenny przesunął się teraz między Jeremiasza i Norberta. Tłukli się mocno a ja im pomagałem (obu

) i zastanawiałem się czy dwie ostatnie stajnie poszły się paść w stos kart anihilowanych czy też może jednak nie? Zauważyłem też, że Norbert od początku bardzo tępił wszystkie karty dołączone, które wystawiłem, skasował mi ze trzy dobrobyty (i chyba też konsekwencje) swoimi konsekwencjami podczas gdy Jeremiaszowe miały to szczęście leżeć sobie nietknięte prawie całą grę... Ale muszę z ręką na sercu powiedzieć, że tu chciałem być mądrzejszy niż ustawa przewiduje i po zapoznaniu się z listami Jeremiasza i Norbetra stwierdziłem, że wyrzeczenia mi się nie przydadzą bo oni mają tyle „odłączaczy” że starczy by stół czyścił się szybko i skutecznie...no i się przejechałem. Dociąg jeremiaszowy w liczbie 9 i skład zapowiadały jego zwycięstwo. Ale to nie nadchodziło. Dodatkowo Norbert jakoś tracił impet po wypsztykaniu się z wielu kart z ixem.
Zaczęliśmy już liczyć czas do końca (a było nam dane radosne 3 godziny)...i właśnie wtedy wyciągnąłem stajnie i wygrałem grę.
Kawalerią...nie stajnią.
Do następnej potyczki zasiadłem z Cromą i jego ślepym Husseinem oraz McKlocki grającym Elijahem choć wojującym ożywieńczymi legionistami. Tu chcę napisać, że moim zdaniem to była najbardziej oryginalna talia turnieju i uważam, że po doszlifowaniu jej w kilku miejscach mogła by być również niesamowicie skuteczna. Jednym słowem wielki plus i gratulacje dla McKlocki za wyjście z takim pomysłem i pokazanie, że można czymś takim zagrać.
Sama rozgrywka już na początku była o tyle jasna i przejrzysta; ze wiadomo było iż główny front walk ustawiony będzie miedzy mną a Cromą (przypuszczam, że we wszystkich grach w których uczestniczył McKlocki było właśnie tak, że to raczej jego przeciwnicy tłukli się miedzy sobą

) i zakładałem, że zdołamy rozstrzygnąć grę zanim na Elijahowych obozach szkoleniowych pojawi się wystarczająco dużo żetonów by mógł przejść do ofensywy. Ale okazało się, że było trochę inaczej... Fakt faktem – od samego początku szkodziliśmy sobie z Cromą jak się dało i zmiłuj nie było, a w tym czasie Klocki zbierał sobie cierpliwie żetony na obozach i też co jakiś czas nam coś dorzucał. Pamiętam, że choć miałem chrapkę na obóz i cytadelę u Elijaha to wszystkie wyrzeczenia czy użycie konsekwencji raczej musiałem kierować przeciw masie dołączanych kart u Cromy i na Elijahowe fronty i tracze już po prostu nic nie miałem. Tak czy siak w pewnym momencie wykrwawiliśmy się dosłownie ze wszystkich kart z Cromą w bitwie o jakiś budynek czy woja i gdy przyszła tura Klocki wyłożył sobie 4ech ożywieńczych a my z przerażeniem stwierdziliśmy, że na obozie jest już 6 czy 7 żetonów. Zapowiadało się the end. Co prawda w składzie miałem jakąś szarże i stoper ale nic na wypadek gdyby stoper został zablokowany. Croma mógł spać spokojnie bo miał chyba bramkę prorok + kruk. W każdym razie ożywieńczy rzucili się na moja konnicę. Stoper – oczywiście – został przemyślany, ale szarża zrobiła swoje.
3ech ozywieńczych ni jak nie dało rady ubić wystarczająco Pztów.
Z innych ciekawszych akcji pamiętam, że udało mi się zanihilować plagę Cromie za pomocą utraty...zresztą razem z plagą na stos anihilowanych poszły wszystkie pozostałe karty które właśnie dociągnął.

Poza tym zagranie własnego zacznijmy po poszukiwaniu u wroga tez daje fajny efekt wizualny na twarzy przeciwnika

. Wyszedł nam też podczas gry jeden problem interpretacyjny do zasad. Mianowicie: co dzieje się ze zdrajcą kiedy konflikt kończy skupienie/straszliwa etc.
Zostaje na pograniczu czy idzie z powrotem do oddziału? Warto by się temu przyjrzeć.
No i to tyle co pamiętam z tej rozgrywki... poza tym, że ją wygrałem.
Po krótkiej przerwie (oczywiście okraszonej hot-dogiem i tigerem w konwentowym barze) zasiadłem do trzeciej rozgrywki. Jako przeciwników miałem Decado i jego ciężkich acz szybkich tuptusiów i Szczubę z jego upierdliwymi samolotami. Czułem, że gra będzie dla mnie bardzo ciężka bo jako jedyny miałem talii budynki wymagające czasu na budowę a przeciwnicy raczej mi tego czasu nie dadzą. No i tym razem się nie myliłem. Gra była szybka i ciekawa. Dużo ataków i najazdów. Właściwie praktycznie w każdej turze coś się działo. Decado wykorzystując moment, w którym razem ze Szczubą wytłukliśmy się między sobą ze wszystkich kart z ręki przeszedł do finalnej ofensywy i zasłużenie zgarnął zwycięstwo. Dla mnie była to jedna z dwóch najlepszych gier jakie grałem podczas turnieju.
Potem było trochę zamieszania i dłuższa przerwa, którą wykorzystałem na przechadzkę do...konwentowego baru

i w ogóle po terenie konwentu – co by choć okiem rzucić na wydarzenia które mnie omijają

A następnie wróciłem do turniejowej sali, w której czekała na mnie jakże „miła” niespodzianka w postaci przeciwnika...Szczuby. Na pytanie WTF? Dostałem odpowiedź „bo program tak wylosował”. Nie moja piaskownica, nie moje grabki – pomyślałem i karnie zasiadłem do stołu. Drugim przeciwnikiem był Seku ze swoją zbugowaną talią na drżeniach i niezniszczalnych skałach.
Od razu mogę napisać – Stawiku – scen dantejskich nie odnotowano

. Po tym jak zorientowałem się, że stworzone (w gruncie rzeczy na „dzień” przed turniejem) zasady dla drżenia, nie testowane i nie poddane pod ogólnoforumową dyskusję dają możliwość tworzenia absurdalnych talii, które uniemożliwiają grę, czyli wprowadzają do gry buga – oprotestowałem to wstając od stołu. W myśl zasady, że nie będę się bawił w grę w której zasady nie są uczciwe. Tyle. Nie było Cię (jako sędziego głównego) już wtedy na terenie konwentu wiec i nie bardzo było gdzie tego zgłosić. A i jak już wróciłeś to słowa nie powiedziałeś więc wnioskuję, że nie zrobiłem niczego niestosownego.
Tak czy siak szybko ustaliliśmy (głównie za inicjatywą Seka), że zmieni on talie na starego dobrego Abdula i pojedziemy sobie grę od początku.
Układ: Abdul z jazdą i brakiem budynków, Szczubie samoloty (również z brakiem budynków) i mój Gabriel - testowałem już grę wcześniej i wiedziałem, że nic wielkiego w takiej konfiguracji nie ugram. Zwłaszcza że mamuty, dwurogi i inne temu podobne okazały się pod dowództwem Seka mordercze i efektywne (że zacytuję wieszcza) „jak knut w ręku kata”.
No i nastąpił w zasadzie koniec pierwszego dnia turnieju na innych stołach tez kończyły się potyczki. Ci którzy mieli jakieś jeszcze plany ulatniali się i po zapadnięciu zmierzchu została grupa nocujących na konwencie, która postanowiła to i owo jeszcze pograć. No i sobie pograliśmy...do około 4tej nad ranem

Działo się oj działo.
W drugim dniu rozegraliśmy sobie po jednej grze.
Mnie dostał się Anubis (z którym chciałem się zmierzyć po wieściach iż przetrzepał chłopakom skóry trzy razy z rzędu w dniu poprzednim) i Privian, który też bardzo dobrze radził sobie na tym turnieju. Układ talii wskazywał na szybką i dynamiczną grę. I tak też było. Od początku pałeczkę przejął Anubis a choć PZty, które zdobył tego nie pokazują – to wisiał nad nami jak chmury nad Wielką Brytanią. Przez całą grę w moim odczuciu panował duży szach pod tytułem: „odsłonić się czy może lepiej nie”. Każdy z graczy musiał mocno kombinować by jeszcze zachować coś na każdego z pozostałych graczy – co owocowało równym rąbaniem każdego po każdym

. Po środkowej fazie gry było raczej pewne, że zwycięzca zgarnie wszystko jednym totalnym i nie blokowalnym najazdem. Ta sztuczka udała się mnie. Choć szczerze przyznam, że kiedy po grze przeanalizowałem sobie ostatnią turę (a kolejność szła: Anubis, Privian, ja) to wyszło mi, że każdy w tej turze mógł zgarnąć zwycięstwo. Anubis nie podjął ryzyka (zupełnie niepotrzebnie - bo dysponowaliśmy z Privianem chyba w sumie 3ema kartami na rękach) i zamiast wszystko wysłać na atak zostawił sobie razydę w odwodzie , z kolei Privian coś sobie źle policzył i nie najechał tyle ile było mu potrzebne, a ja po dobraniu już mogłem rzucić wszystko co miałem po upragnione PZty

. W każdym razie była to najlepsza gra jaką grałem na turnieju.
No i to by było w zasadzie na tyle jeżeli chodzi o moją relacje z turniejowych rozgrywek.
Zdjęcia, które pstryknąłem przesłałem już Stawikowi więc u niego ich szukajcie.
Generalnie fajnie było się spotkać w tak licznym gronie i popykać w DE i to się ceni. No i do przyszłego razu.
Pozdr.